|
BLOG
03 lipca 2010, 19:17
Głos przeciw ciszy wyborczej
Zasada ciszy wyborczej przeniesiona na grunt sportowej rywalizacji skutkowałaby wprowadzeniem np. zakazu kibicowania biegaczom na ostatnim okrążeniu.
Sens ciszy nocnej oczywiście pojmuję. Wybaczcie, ale we wprowadzeniu ciszy wyborczej najmniejszego sensu nie dostrzegam. W pierwszym przypadku, czarno na białym, widać, że liczy się czyjś święty spokój, czyjś komfort domowego życia. To, co przemawia za administracyjny rygorem w drugim przypadku, jako uzasadnienie, w ogóle się kupy nie trzyma. Zakaz prowadzenie agitacji ma pośrednio gwarantować uczciwość politycznej rywalizacji. Ale dlaczego prawne sankcje stojące na straży wyborczych reguł w noc z piątku na sobotę, muszą nabrać mocy niemalże stanu wyjątkowego? Publikowanie wyników sondaży, organizowanie wyborczych eventów i promowanie kandydatów, krytykowanie rywali, mogłoby wywrzeć wpływ na opinię publiczną i zmanipulować bieg wyborczej batalii – to zasadniczy argument przemawiający za zakazem. Czyli jest zgodne z prawem i pożądane to, co wydarzyło w kampanii do godziny 23:59? Co zatem zrobić z dostępnymi w Internecie opiniami, komentarzami, promocyjnymi materiałami kandydatów? Co z gazetami w kioskach, albo oplakatowanymi słupami? Co z hulającymi w najlepsze witrynami jarosławkaczynski.info i bronislawkomorowski.pl? Cisza wyborcza to fikcja, bo jej egzekucja w dobie Internetu i esemesów jest niemożliwa. Oczywiście można ścigać i karać za łamanie przepisów, ale czy taka donkiszoteria ma sens? Daje się słyszeć pogląd, że cisza wyborcza to czas, w którym obywatele, w spokoju, nienagabywani, powinni się zastanowić, jakiego wyboru dokonać. Stwierdzenie, że człowiek podejmuje zasadnicze decyzje, formuje swój światopogląd, o ile ma zagwarantowany spokój uwłacza zdrowemu rozsądkowi. Co więcej, sugerowanie, że jego światopogląd mógłby ulec w mgnieniu oka zachwianiu, gdy któryś z kandydatów – w wyborczą niedzielę – zorganizował piknik lub rozkleił kilkadziesiąt plakatów, tudzież w radiowej debacie zabłysną jeden z komentatorów, też jest piramidalną bzdurą. Polityka, jej prowadzenie, to proces permanentny. De facto, z formalnym końcem jednej kampanii zaczyna się kolejna., a jej rytm wyznaczają rankingi i sondaże. De facto, nasze poglądy nieustannie ewoluują: pod wpływem zdarzeń, rozmów, lektury, osobistych doświadczeń i pod wpływem czyjejś perswazji. Czy mam rozumieć, że cisza wyborcza jest administracyjnym interwałem od tego permanentnego procesu? Jakoś w skuteczność tej przerwy nie chcę mi się wierzyć. Już widzę, jak wśród domowników konsumujących niedzielny rosół panuje cisza: pełna namaszczenia, jakże odmienna od atmosfery codziennego rozpolitykowania, gdyż podyktowana głęboką troską o autonomię politycznych wyborów. Na jedno odstępstwo od zdroworozsądkowej normy skłonny jestem przystać: akt wyborczy lub jego kontestacja, powinien być świętem, karnawałem demokracji. Ale w kraju, gdzie ponad połowa mieszkańców ma gdzieś obywatelskie prawa (za których obronę w niedemokratycznych państwach ląduje się za kratkami), egzekwowanie ciszy wyborczej to sabotowanie wątłego ducha obywatelskości. W anglosaskich krajach - nie przeczę, o zdecydowanej dłuższej demokratycznej tradycji – ciszą wyborczą głowy sobie nie zaprzątają i świat im się na te głowy nie zawalił. **** Tekst w nieco innej formie opublikowałem też na blogu avoid collision andrzej jóźwik
KOMENTARZE
1. 03 lipca 2010, 19:58 Moim zdaniem, problem ciszy wyborczej jest raczej kwestią kultury politycznej i to jej przejaw usankcjonowano prawnie. To, że w dobie "zmasowanych" [czytaj: totalnych] środkow przekazu jest ona iluzoryczna to już inna ..bajka. Ulotki wyborcze kandydatów w zaciszu domowym mogę przeglądać i porównywać do woli nawet na kwadrans przed podejściem do urny wyborczej. Chodzi raczej o to, aby nie było agitacji publicznej, a nie tyle publicznie dostępnej. Zgadzam się z pańskim poglądem, że "ciszą wyborczą" warto się zająć w szerszym społeczno-politycznym kontekście. 2. 04 lipca 2010, 00:52 W obronie ciszy wyborczej zadam przewrotne pytanie. Czy gdyby reklama proszku do prania, albo piwa nie dawała realnych efektów to czy producenci płacili by za ich emisje? Każdy z nas zaprzeczy żeby reklama miała jakikolwiek wpływ na nasze racjonalne wybory. Tylko że reklamy, także te wyborcze nie atakują ośrodków myślenia, a nasze emocje. A emocje można bardzo łatwo zmanipulować. Na pytanie czy cisza trzeba znieść, czy zostawić. Odpowiadam nie wiem. 3. 04 lipca 2010, 13:32 @Piotr Gaglik zatem idźmy z duchem czasów, a nie stójmy wobec niego okoniem. W wielu krajach funkcjonuje zresztą gentelman agreement zamiast ciszy i ta zasada się sprawdza, co dowodzi wzmiankowanej kultury politycznej. @Kuba Goldberg emocje w polityce są od zawsze i będą. Zaświadczają o tym niezliczone biografie charyzmatycznych liderów, trybunów ludowych i rewolucjonistów lub technokratów - używających sobie do woli na naszej afektywności. DODAJ KOMENTARZ
|
AUTOR
ARCHIWUM BLOGA
POLECAM
KOMENTOWANE
CZYTANE
KOMENTOWANE
CZYTANE
|
![]() |